Disruptomania – stan wiecznego nienasycenia i chciwości

Disruptomania – stan wiecznego nienasycenia i chciwości

Twórcy startupów lubią o sobie myśleć, że układają świat na nowo i jest w tym coś wyjątkowego. To nowe oczywiście ma być lepsze, a to lepsze ma być dobre. Dobre to najczęściej szybciej, taniej, wygodniej. Równolegle musi iść za tym skala, czyli nie tysiące użytkowników tylko miliony. Wszystko, aby zaspokoić głód wielkości. Czy ten sukces uczyni Cię szczęśliwszym?

Startup czyli disruption

Co to jest startup? To taki rodzaj firmy, który mówi “albo wszystko, albo nic”. Czyżbyś chciał po prostu pomóc komuś dostarczać lepsze cegły do budowy domów? Nie nie, jako startup powinieneś chcieć przejąć cały rynek budowy domów w ogóle. Inaczej pozostaniesz zwykłą firmą.

Nie chcesz wychodzić za granicę i opleść całego globu swoją wspaniałą usługą? Dlaczego tak nisko mierzysz?? Nie ustawiłeś za cel 9-cyfrowej liczby? Co z tobą?! Prawdziwy alfa chwyta wszystko za twarz i skaluje biznes (zwiększa zasięg usług) zrzucając z helikoptera tysiące hulajnóg na miasto.

Na pierwszym miejscu jest tzw. disruption (wspiera skalowanie). Tłumacząc nie wprost z angielszczyzny, chodzi o zmianę reguł gry na jakimś tradycyjnym rynku. Są taksówkarze z drogimi przejazdami? Zróbmy tak, aby byli zbędni i dajmy na start dumpingowe ceny! Dołóżmy do tego jakieś społecznościowe hasło typu sharing economy. Do tego też przydaje się stygmatyzacja, np. że w taksówkach śmierdzi.

To że po drodze masa ludzi traci prace, a nowe usługi finalnie okazują się gorsze niż stare, nic to. Ważne, że pokazałeś wszystkim, że wywróciłeś wszystko do góry nogami w imię jakiejś tam innowacji i pobożnego postępu. Jesteś alfa he-man!

Fundusze VC, czyli hazardziści

Żeby móc zmieniać świat za pomocą startupu i zostać bohaterem to najczęściej trzeba pieniędzy na start. Nie ma problemu. Istnieją fundusze Venture Capital (VC), które szukają takich samców jak TY. Dostajesz wtedy obietnicę, że razem przesuniecie kilka gór i potem będziecie pić nektary ze słomek. Możesz liczyć na dużo poklepywania po ramionach i ileś czerstwych kawałów.

Czytaj również:  Cashflow - nie zaklinaj i patrz na konto

W skrócie proces wygląda tak, że pokazujesz pomysł lub coś działającego. Jeśli fundusz zaczyna się ślinić to gadacie dalej. Jak już spacyfikują wszystkie ryzyka dotyczące Twoich prób urwania się z łańcucha w przyszłości, to podpisujecie umowę, która zwiąże was w stylu sado-maso. Wtedy dostajesz kasę, która i tak najczęściej nie jest funduszu.

Tak więc VC wziął Ciebie, czyli żeton i obstawił. Jesteś jednym z iluś żetonów w jego portfolio, bo szczęściu w kasynie trzeba pomóc. Lwia część przepadnie, ale może ten jeden strzał się uda. Walczysz w imię bycia perłą w koronie, żeby fundusz mógł Cię kiedyś sprzedać z nawiązką.

VC kochają startupy, które obiecują disruption i potencjał skalowania. To ma zwiększać mnożnik tego co chcą odzyskać w przyszłości. Z drugiej strony startupy potrzebują kasy na swoje marzenia. Tak koło się zamyka i zmierza się do tzw. budowania wartości firmy, nie mylić z wartością dla klienta.

Wszystko albo nic

Nie ma reguły, że duże i finansowane startupy są „be”. Warto po prostu wiedzieć, że skalowanie firmy niesie za sobą ryzyka tego, że użytkownicy czy też społeczeństwo sumarycznie schodzą na dalszy plan. Tracą na tym to, że ponad oczekiwania klientów, z czasem ważniejsze są wojenki technologiczne, polityczne i ambicjonalne pomiędzy gigantami. A stado geeków fascynuje się tym kto komu skuteczniej przyłoży.

Twórca Basecamp namawia do odciśnięcia swojego śladu we wszechświecie wspierając swoimi usługami wybrane potrzeby wąskiego segmentu odbiorców. Po drugiej stronie jest nienasycona ambicja stania się wielkim, która może niejednego wykończyć. Istnieje wielkie cmentarzysko startupów, które próbowały pożreć duże kawałki rynku, ale na szczycie drabiny jest ograniczona liczba miejsc.

Jedni marzą o globalnej firmie z tysiącem pracowników, gdzie wycena spółki szybuje jak szalona. Dla mnie uwalniająca w mojej firmie była decyzja, że nie robimy ekspansji na zagranicę i im mniejszy zespół tym lepiej. Robię to po swojemu. Wolę jak moją firmę definiują potrzeby odbiorców, zamiast marzeń o wielkości.

Czytaj również:  Proste jest sprzedawalne

Unikaj cudzych narracji

Skup się na odbiorcy – zawsze. A to jaka będzie ich ilość jest mniej istotna. W wieku 70 lat pewnie ważniejsza będzie dla Ciebie jakość tego co zrobiłeś niż to ile rynku pożarłeś w ramach wszechobecnej Disruptomanii. Nie poddawaj się kierunkowi „more is more”.

Rób przydatne i dobre rzeczy. Jeśli jest Ci dane robić coś w dużej skali to przyjdzie to tak czy siak. Jednak zaczynanie od celu bycia wielkim może kosztować Cię gorycz wiecznego nienasycenia. To nienasycenie pochodzi najczęściej z porównania się. Porównywania z wielkimi, którzy jednocześnie definiują czym jest sukces w biznesie.

Są to jednak subiektywne dogmaty. Znajdź swoją definicję sukcesu i porównuj się z samym sobą. Szkoda życia na cudze naracje 😉

Chcesz się podzielić swoimi spostrzeżeniami? Napisz do mnie na maciek@hardthings.pl lub na Linkedin (zaproś mnie). Udostępnij proszę ten wpis jeśli uznasz go za cenny. Dziękuję!